niedziela, 27 stycznia 2013

nowa praca - stare metody

Miałem taki etap w życiu, że wielokrotnie sam wysyłałem dziesiątki (a może setki) życiorysów. Do dziesiątek, setek firm. Korzystałem z ogólnie dostepnych serwisów rekrutacyjnych w internecie. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że większość z nich nie jest nawet czytana...
Przykład pierwszy z brzegu: do pewnej firmy przysłano ponad 200 aplikacji na 1 wolne stanowisko. Sekretarka nawet nie ryzykowała pokazaniem ich swojemu szefowi. Obawiała się jego reakcji. Więc pośpiesznie wzięła pierwsze 20 sztuk, które akurat były pod ręką. Resztę (ponad 90%) wrzuciła  do niszczarki (przecież obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych). I dopiero wtedy weszła do szefa kładąc mu je na biurku. Jaka była reakcja jej szefa? Ucieszyl się, że tak niewiele? Otóż nie. Zareagował emocjonalnie, kazał sekretarce wybrać 3 najciekawsze i od razu umówić te osoby z nim na spotkanie. Zostawię to bez komentarza...
Trwało to jakis czas zanim zrozumiałem, że spora część zamieszczanych ogłoszeń jest pro forma. Tzn, że spora część firm, zlecając szukanie pracownika, realizuje tylko swój budżet. I to jest właśnie ich celem, a nie znalezienie kandydata.
Natomiast inne firmy, działając podobnie, nie rozpatrują żadnych napływających cv ponieważ nowy pracownik już jest wybrany. A dopiero po fakcie ukazuje sie ogłoszenie w gazecie czy na www.
Przykre ale prawdziwe. Wiele firm ma zabudżetowaną w skali roku określoną kwotę na ogłoszenia i musi je wydać, nie może ich przeznaczyć na inny cel. Tylko skąd może o tym wiedzieć zwykły Kowalski?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz